Ten artykuł narodził się wpierw jako wiadomość prywatna do Tuouka na forum mp3store. Postanowiłem jednak podzielić się tymi iście filozoficznymi wnioskami z resztą. Nie pisałbym tego, ale żona ma już dosyć słuchania o słuchawkach ;-) Muszę się wyspowiadać, a papier zniesie wszystko.

Zaczęło się od tego, że na weekend dostałem od Audiomagic.pl kilka sprzętów do testów: Dharma D1000, Audeze LCD3 i LCD4 i parę IEMów, o których nawet nie warto wspominać (okazuje się, że mój Harman Kardon kupiony w USA za 75 USD przecenione ze 150 USD gra lepiej niż Westony za 3-4 tysiące PLN, które grają jak przez papier; może ja coś robię nie tak?).

Do tego testy zostały połączone z moimi własnymi słuchawkami i sprzętami: 2x Ultrasone Edition 5 (limited + unlimited), AKG K1000 i pokraczne dziwaczne Grado PS1000e (jak się okazuje, niewygrzane i słyszę, jak stopniowo się poprawiają).

Wnioski z tego weekendu są niesamowite.

1. Porównałem, uważnie się wsłu****ąc, 3 różne DAC konkretnie na „Tuba mirum” z Requiem Mozarta (odkryłem wykonanie roku: [url=https://itun.es/pl/qDZpz]https://itun.es/pl/qDZpz[/url] – świetnie nagrane, jakby kameralnie lub studyjnie, a nie z odległości 20m w kościele z echem i rozmazem zakrywającym cały obraz, jak większość wykonań… i to jedno z nielicznych wykonań, gdzie Dies Irae nie zapieprza tak szybko, że nic nie słychać).

Wnioski: Dragonfly gra lepiej niż Macbook, a Mojo lepiej niż Dragonfly, a iDAC-6 jeszcze lepiej. Nie są to różnice zrywające totalnie beret, choć istotne. Dragonfly np. wydobyło mi wokal, który na Macbooku brzmiał nieszczególnie i pomijalnie, Mojo poszerzyło scenę o parędziesiąt stopni, a iDAC-6 trudno mi wyrazić co dokładnie zrobił, ale jeszcze nadał trówymiarowości. Nie są to ogromne różnice, trzeba się wsłuchiwać i analizować, jednak mają znaczenie. Mimo to dalej muzyka to muzyka, a słuchawki i brzmienie są pierwszej klasy, leczymy się z analizowania muzyki i uczymy się jej słuchać, o tym jednak dalej…

W dodatku Mojo ma własną baterię i nie zjada iPhone’a. Nawróciłem się i zdjąłem Mojo z Allegro. Doceniam, że wezmę je na AVS i z kolegą będziemy mogli z jednego urządzenia (bo ma dwa wejścia słuchawkowe!) testować sprzęt i porównywać tę samą muzykę. Rozkminiłem też jak nosić to brzydkie cholerstwo ze sobą… wystarczy przecież dłuższy kabel USB i do drugiej kieszeni. Albo – sprzedają specjalne pakiety akcesoriów do tego klocka i można skleić go z telefonem. Że też mi tego w sklepie od razu nie zaproponowali. Jak widać te 156 IQ czasem nie wystarcza, by wpadać na najprostsze pomysły… Za bardzo się zraziłem do Mojo przez początkowe problemy z połączeniem z iPhonem i wkurzające przejściówki.

3. Audeze LCD4 wczoraj brzmiały do mnie niczym miodowe Orfeusze i podjąłem decyzję, by je kupić. Dziś rano wstaję z myślą, by dokonać porównania z LCD3, które w pierwszym dniu mi odpadły po 30 sekundach… i dziś, na świeżo, LCD3 gra mi lepiej niż LCD4… nie wiem już co myśleć… zależy chyba od repertuaru… zależy od biorytmu?, zależy od wyspania, od ucha… przydałoby się mieć więcej czasu na testy… jednak LCD4 przegrywają na każdym kawałku… dźwięk w LCD4 bardziej odsunięty, schowany, w LCD3 bas zrywa czerep, jednak przecież wczoraj słyszałem tę klasę LCD4, a dzisiaj nie?… ale to jest 2x różnica w cenie! Co robić? Nagle czar prysł, jak mi zmęczone uszy odpoczęły, to Audeze przestało niszczyć wszystko inne. To oczywiście nadal pierwsza liga, ale czy warto wyskakiwać z kilkunastu tysięcy zł, by zbierać kolejne flagowce?

Nawet w tym momencie słucham tego samego utworu porównawczo na LCD4 i LCD3, i podtrzymuję, że trójka wygrywa…

4. Postanawiam więc na razie nic nie kupować.

Co z tego, że Dharma trochę ma większą głębię sceny w niektórych utworach symfonicznych… ale i parę innych wad, np. infradźwięki, do których schodzi bas, zatykają mi uszy… To nie jest bas, nad którym można mieć kontrolę, i który by miał jakiekolwiek brzmienie, to po prostu buczenie na poziomie trzęsienia ziemi. To może być bardzo specyficzne dla mojego ucha.

Co z tego, że Audeze jest „mellow”, ma swój piękny styl i przyjemnie relaksuje. To wszystko jest mimo wszystko porównywalny poziom. Nie ma jakiegoś ogromnego skoku jakościowego. Mogę wpaść w audiofilia nervosa i doszukiwać się, że Ed.5 ma czasem kłujący sopran (mi nie przeszkadza) lub gra nieco szczupło, a Dharma parę utworów potrafi zagrać z trochę głębszą sceną tudzież holografią. W innych utworach role się odwrócą, i co?

Generalnie Audeze wygrywa dla mnie z Dharma D1000 całokształtem, muzykalnością, klasą, poziomem – i gra w pierwszej lidze. Natomiast…

Ultrasone Ed.5 okazuje się być (dla mnie) słuchawką ostateczną. Nic nie jest od nich jakoś zdecydowanie lepsze (co najwyżej inne, porównywalne albo gorsze, zależy na jaki aspekt spojrzymy). Wręcz przeciwnie, one prowadzą w rankingu, nadal. Może remis na levelu Audeze i K1000. Są najwygodniejsze, słuchanie nie męczy uszu niemal w ogóle (w przeciwieństwie do AKG K1000), są lekkie, wszystko je napędza, mają synergię z iPhonem:), nadają się na podróż i do samochodu, bo izolują od hałasów otoczenia lepiej niż niejedna słuchawka z Active Noise Cancelling (szok! ale dotyczy niestety tylko wersji Limited z drewienkiem, za co jestem wdzięczny, że wyrwałem okazyjnie używkę w idealnym stanie, dziękuję).

Właśnie w tym momencie przesiadłem się na tym samym utworze z AKG K1000 na Ed.5 w wersji unlimited i jak w mordę strzelił, nie po raz pierwszy, w tak bezpośrednim porównaniu, Ed.5 zjada K1000 na śniadanie we wszystkich kategoriach. Niestety nie mam jak udostępnić Wam utworu testowego (świetnie nagrana orkiestra symfoniczna), bo nie ma tego w żadnym serwisie strumieniowym: „Gyakuten Saiban ~ Courtroom Suite” (wersja z 2015; rocznik 2008 jest nagrany z większej odległości, z większym pogłosem i przestrzenią, i nazywa się „Ace Attorney 1~3 Courtroom Suite”).

Wszystkie te flagowe słuchawki są na topowym poziomie i grają dobrze, tylko trochę inaczej, inna szkoła, nieco inne plusy i minusy, ale przecież jak słuchasz muzyki to nie analizujesz non stop jaki jest trebel, jaka średnica, a jaki bas. Muzyka przestaje być wtedy muzyką. Każdy flagowiec gra świetnie na swój sposób i nie potrzeba mieć ich 10.

Tzn. nie zrozumcie mnie źle, nie mówię, że różnic nie ma. Może tak lepiej wyrażę, co czuję: Zdecydowanie inne od reszty są AKG K1000 z racji otwartej konstrukcji. Grają pięknie. Audeze jest inne i też grają pięknie. Edition 5 jest jeszcze inne i też grają pięknie. Te trzy słuchawki mają duszę, wyróżniają się i wszystkie są świetne. Dharmy są też topowe, ale tej duszy chyba jednak nie mają (dla mnie), to po prostu dobry all-rounder grający w ekstraklasie, a Grado wypada na razie najsłabiej pod względem SQ, ale będę jeszcze je grzał i męczył.

Zobaczymy, czy nie nawrócę się, gdy dojadą do mnie Staxy SR-009, ale jest jeszcze jedna rzecz…

5. Zrozumiałem, jak ważne w audio jest doświadczenie (z ang. experience) – nie tylko SQ [sound quality], ale również unikalne przeżycie z nimi związane.

Przykładem tego najlepszym jest Final Audio Design „Piano Forte”, które kiedyś zainteresowały mnie, jak przeczytałem „piejącą” poetyckim zachwytem recenzję kolegi P. Ryki, a następnie totalnie zabiłem je na odsłuchu porównawczym; a teraz, z nadmiaru kasy i z pożerającej ciekawości, mimo wszystko nabyłem je (okazyjnie, używkę praktycznie nową).

Oczywiście, SQ nie ma co porównywać z naszymi flagowcami. Góra wycofana, dół nieco wycofany, mocno średnicowe, ale mimo todość muzykalne, przyjemnie otwarte, dobre do casualowego słuchania np. przy pracy przy komputerze, nie będą męczyć uszu… dają radę nawet w samochodzie, mimo otwartości; można ich słuchać przy rodzinie, nie odcinają nas od świata…

Tak w ogóle to są lepsze niż te Westone, które dostałem do testów :-) [Może coś z nimi robię nie tak? To słuchawki za 3-4 kafle, na litość Boską! Nie wiedziałem nawet; ja bym za nie – na ucho – nie dał więcej niż 200-300 zł; więc przypuszczam, że czegoś tu nie rozumiem]

Ale – abstrahując od jakości muzyki – przede wszystkim Piano Forte są czymś ciekawym, unikalnym, pięknym, nietypowym, fajnym, niepowtarzalnym, cudownym. Dają unikalny „experience” – przeżycie, doświadczenie. Nie ma innych takich słuchawek na rynku. FAD wymyślił zupełnie nową kategorię słuchawki: „dousznej w pełni otwartej i tubowej – przypominającej piękną biżuterię unisex”.

To samo dał mi upgrade Edition 5 do Limited, walizeczka i drewienko z boku słuchawki to niby nic, a jednak zaskoczyłem sam siebie swą wydawałoby się próżnością (ale nie jest to próżność – czytaj dalej), że daje mi to codziennie poczucie obcowania z instrumentem muzycznym nieco piękniejszym. „Celebrowanym”.

Zrozumiałem na czym to polega: Proces słuchania muzyki ulega rytualizacji. Podobnie jak parzenie zielonej herbaty matcha. Pobieranie słuchawek z pięknego kuferka, cieszenie wzroku ich pięknym wyglądem, to ma znaczenie dla całego doświadczenia! Jest to doświadczenie duchowe, nie próżniackie. Człowiek stworzony jest, aby doceniać piękno w całej jego rozciągłości.

Dlatego FAD Piano Forte to nieudane, ale mimo wszystko udane słuchawki. Dlatego chcę się zapoznać z FAD Lab2 na najnowszym AVS 2016 i poważnie rozważam ich zakup w celach kolekcjonerskich (200 sztuk na całym świecie), podobnie jak Ultrasone 25th anniversary edition (250 sztuk na całym świecie). Ciekawy jestem, czy zagrają lepiej niż moje „flagowe flagowce” (Ed.5)?

Wiele osób pewnie ostro mnie za to skrytykuje, ale skrytykujcie najpierw osoby kolekcjonujące sztukę albo inwestujące w baryłki whisky, diamenty i stare wina? Ja inwestuję w słuchawki jako w inwestycję alternatywną i wykazuję je w swoim bilansie aktywów (tak!). W dodatku jako spółka mam dostęp do preferencyjnych cen, nie jestem typowym konsumentem, więc proszę o zrozumienie.

Muzyka to nie tylko jakość muzyki (SQ), ale całe doświadczenie! Dlatego do opery i filharmonii idzie się elegancko ubranym i jest to swego rodzaju „święto”. Muzykę się celebruje, podobnie jak Mszę Świętą.

5. Wyleczyłem się więc ze zbieractwa flagowców. Ale… Rozpoznaję swoje autentyczne potrzeby. Na ten moment chcę tylko:

– Sony MDR-R10 w celu lokacyjnym, nawet ze 2 sztuki, szczególnie różne roczniki – bass-heavy i bass-light (może muzycznie też pokonają wszystko, co do tej pory słyszałem?)

– FAD Lab2 jak wpierw posłucham, wcale nie oczekuję że pokonają Ultrasone, ale też w celu lokacyjnym; niech grają przynajmniej ciekawie i unikalnie!

– czekam na wynegocjowane już Staxy SR-009 i Eurydice… co to będzie? zobaczymy.

– kolejne flagowce wtedy i tylko wtedy, jak czymś mocno zaskoczą i zadziwią, jak będą mocno inne, jak nie będą tylko świetną słuchawką ze świetnym SQ i ciut lepszymi parametrami, ale – unikalnym doświadczeniem! W poniedziałek odsłucham jeszcze FAD Sonorus X :-)

– coś na podróż, może IEMy, nie wiem czy Ed.5 LTD sprawdzi się w samolocie (aż tak mocno nie wygłusza chyba), wciąż szukam i wybieram, może AKG N90Q, może Customy, może polecany mi Etymonic, słowem: pora na testy.

Podsumowanie:
W muzyce najważniejszy jest rytuał, piękne, unikalne doświadczenie, a nie analiza porównawcza parametrów (audiofilia nervosis). Wszystkie flagowce grają pięknie, dla kogoś ciut lepiej, ciut gorzej, ale pierwsza liga to pierwsza liga! W muzyce nie chodzi o to, która słuchawka jest lepsza o 3%, ale aby było miło i pięknie. Liczy się doświadczenie. Słuchawka przede wszystkim musi mieć duszę; i słuchawka… może być aktywem inwestycyjnym.

Adres e-mail
Imię